OFICJALNY SKLEP ZEPTER INTERNATIONAL POLAND

(22) 230 99 40

 
[V2_TopNavigation_Row2 - submenu]
Banner

Pasja, emocje i sportowy żywioł. Rozmowa z Dominikiem Brinovcem, prezesem Zepter KPR Legionowo

Pasja, emocje i sportowy żywioł. Rozmowa z Dominikiem Brinovcem, prezesem Zepter KPR Legionowo

Jak piłka ręczna pojawiła się w Twoim życiu?

Mój tata pochodzi ze Słowenii, a tam piłka ręczna cieszy się dużą popularnością. Właśnie trwają mistrzostwa Europy, Słoweńcy wygrali wszystkie trzy mecze w grupie i mają duże szanse w tym roku żeby zawalczyć o fajny wynik. W dzieciństwie razem z bratem [Franci Brinovec gra obecnie jako skrzydłowy w Zepter KPR Legionowo] często jeździliśmy tam na mecze, przede wszystkim drużyny Celje Pivovarna Laško, której kibicujemy. Później mój brat sam zaczął grać w piłkę ręczną. Ja wybrałem inną drogę, poszedłem do szkoły muzycznej, grałem na akordeonie i pianinie. Ale intensywnie kibicowałem bratu. Podczas meczów zdarzało mi się grać na bębnie, dzięki czemu łączyłem muzykę ze sportem.  Często też jeździłem na treningi, obserwowałem i mocno się angażowałem.

W jakim kierunku się to rozwinęło? Sam też chciałeś grać w piłkę?

Przede wszystkim bardzo chciałem kierować drużyną. Jeszcze jak byłem w liceum, w Radzyminie stworzyliśmy klub piłki ręcznej. I tak zaczęła się przygoda – odpowiadałem w zasadzie za wszystko: i za dotacje, za poszukiwanie sponsorów, organizację meczów, i tak dalej. Na studiach kierowałem sekcją akademicką, walczyliśmy nawet o medale mistrzostw Polski. Sporo zawodników z uczelni [Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie] grało też w klubie z Radzymina. Sam również trenowałem i bardzo to lubiłem. Mój brat grał wówczas w KPR Legionowo. Był moment, że spotkaliśmy się w jednej lidze – my z Radzyminem awansowaliśmy do 1 Ligi, a zespół KPR Legionowo spadł z kolei z Superligi.

Obszar-kompozycji-2.jpg


Jak zatem doszło do tego, że zacząłeś kierować KPR Legionowo?

W tamtym czasie KPR Legionowo mierzył się z wieloma problemami organizacyjnymi i finansowymi. W pewnym momencie prezes dał do zrozumienia zawodnikom, że w połowie roku zakończy z nimi współpracę. Klub z całkiem bogatą tradycją, z 4 sezonami w Superlidze na koncie, miał stracić sternika. Zaczęły się poszukiwania następcy. Postanowiłem podjąć to wyzwanie, poprosiłem o pomoc i zaprosiłem do współpracy Artura Niesłuchowskiego zawodnika Radzymina, który prowadził klub piłki ręcznej plażowej – wielokrotnego Mistrza Polski BHT Petrę Płock. Podpisaliśmy umowę i zakupiliśmy prawa do zawodników z Legionowa, otworzyliśmy nową spółkę. Pracowaliśmy razem przez trzy miesiące, potem zostałem na tym okręcie sam. I tak mija już 5 rok. Przejąłem drużynę, która miała problemy i finansowe i organizacyjne, miała też wąski skład, tylko 13-14 zawodników. W momencie przejęcia KPR Legionowo znajdował się na 7 czy 8 miejscu w I lidze. To był najgorszy sezon pod kątem wyniku sportowego. Ostatecznie rozgrywki zakończyliśmy na 6 pozycji. Później, jak już zacząłem wszystko sobie układać, zrobiliśmy 2 miejsce, potem 1, cały czas walczyliśmy o awans. Ale awans sportowy do Superligi to jest jedno, trzeba też spełnić wiele wymogów licencyjnych.

Droga do miejsca, w którym jesteście teraz nie była łatwa.

Kiedy przejmowałem zespół, byłem już doświadczonym menedżerem, mimo że bardzo młodym – w zasadzie najmłodszym w Polsce prezesem klubu. Miałem ambicję, by zrobić ten awans w wieku 23 lat, musiałem poczekać kolejne 4 lata. Ale jestem dojrzalszy, bardziej doświadczony. Nie było łatwo. Klub miał wcześniej problemy z rozliczeniem dotacji miejskich, często brakowało pieniędzy. Na początku władze miasta za bardzo nam nie ufały, że możemy to naprostować. Tymczasem moje doświadczenie w pozyskiwaniu grantów było duże: w Radzyminie, żeby osiągnąć budżet musiałem bazować na 7-8 różnych dotacjach, konkursach miejskich, powiatowych, itd. Wiedziałem doskonale, co to znaczy rozliczać publiczne środki. Celem była odbudowa relacji z miastem, odbudowa wiarygodności, ale też społeczności – ten klub dla wielu mieszkańców jest naprawdę ważny. Zacząłem więc wszystko stopniowo układać i tak krok po kroku wkraczaliśmy na coraz wyższy poziom. Ale nie ma co ukrywać – jesteśmy najbiedniejszym klubem Superligi, od reszty dzieli nas przepaść. Z reguły kluby będące od lat w Superlidze, wypracowują sobie sieć sponsorów, grają też w większych, bardziej zamożnych miastach. Chcieliśmy i chcemy pokazywać, że da się rywalizować w najwyższej klasie rozgrywkowej nawet pomimo niższych funduszy.

Co było największym wyzwaniem na drodze do awansu do Superligi?

Zadecydowanie budżet. Wówczas wymagane było 2 500 000 zł, później dla beniaminka, czyli zespołu wchodzącego do Superligi obniżono tę kwotę do 2 00 000 zł. Odkąd przejąłem klub, bodajże dwa razy zajęliśmy 1 miejsce, dwukrotnie 2 miejsce, aż w tym ostatnim sezonie 22/23 powiedziałem sobie „teraz albo nigdy”. To był ostatni sezon, kiedy realnie mieliśmy szansę awansować. Wygraliśmy rozgrywki – 24 zwycięstwa na 26 spotkań. Wiedziałem też, że jeśli nie wrócimy do Superligi, ambitni zawodnicy, ci, którzy chcą się rozwijać, czujący, że to ich czas, będą szukać innego klubu. Poza tym dla starszych, doświadczonych zawodników, był to ostatni dzwonek, by móc zagrać jeszcze w Superlidze.

Obszar-kompozycji-7.jpg


Awansowaliście, i co dalej?

Musieliśmy wykupić od spadkowicza udziały w Superlidze – bo tak to działa, że każdy z klubów jest udziałowcem. Konieczna była też zmiana środka naszego boiska, bo każdy klub musi grać na jednolitej nawierzchni, a u nas był czerwony prostokąt przygotowany 2 lata temu na mecze siatkówki. Mecze telewizyjne rozgrywane są na jednolitych, jasnoniebieskich boiskach – to wymóg stacji Polsat. Chodzi o to, by była zachowana identyfikacja wizualna danej dyscypliny. Czyli jak ktoś przełącza kanały TV i widzi niebieski teraflex to wie, że to piłka ręczna. Nasze boisko jest ciemnoniebieskie. Superliga wyraziła zgodę, byśmy rozgrywali na nim mecze nietelewizyjne. Na pojedynki telewizyjne, których w sezonie jest 2-3 - musimy wynajmować odpowiednią nawierzchnię. Trzeba było wygospodarować dodatkowe fundusze na nowego bramkarza, gdyż nasza bramka była na początku sezonu najsłabsza w całej lidze. To także codzienne wyzwania – np. okazuje się, że musimy wyjechać na mecz dzień wcześniej, chociaż nie było to planowane przed sezonem. To nawet kilkanaście tysięcy złotych, ale zapewnienie większego komfortu zawodnikom może pomóc w zdobywaniu punktów. Dlatego też zaczęły się intensywne poszukiwania środków finansowych – duże znaczenie miało tu wsparcie miasta Legionowa. Brakowało tylko kropki nad i w postaci sponsora tytularnego.

I tak KPR Legionowo połączył siły z nami.

Tak, tutaj wszedł Zepter, cały na biało 😉 I rzeczywiście, gdyby nie to, nie byłoby nas w Superlidze. Pozyskanie takiego sponsora spotkało się z dużym uznaniem w środowisku, w końcu to marka, którą zna prawie każdy. Sponsorami tytularnymi klubów piłki ręcznej są najczęściej spółki skarbu państwa. I tak obok takich klubów, jak Orlen Wisła Płock, KGHM Chrobry Głogów czy Energa Wybrzeże Gdańsk, pojawił się Zepter KPR Legionowo.

Czy coś Cię u nas zaskoczyło?

Ja markę Zepter znałem już dużo wcześniej. My z rodzicami mamy wiele produktów, doskonale znamy i naczynia, i system VacSy, i filtry do wody, i oczyszczacze powietrza i urządzenia do światłoterapii Bioptron. Wiedziałem, że Zepter ma bogatą ofertę produktów. To bardzo ułatwia współpracę. Zawsze bowiem trzeba sponsora niejako dopieścić, odwdzięczyć się za wsparcie. A nieporównywalnie trudniej robić kampanie promocyjne dla spółek skarbu państwa, firm, które oferują jeden produkt. Tutaj mamy duże pole do popisu, poza tym produkty Zepter wpisują się w nasze wartości i misję promowania zdrowego stylu życia. To się łączy w fajny, naturalny sposób. Zawodnicy mają w szatni Therapy Air i oddychają czystym powietrzem, noszą okulary Hyperlight, stosujemy też suplement diety FlexOptim, korzystamy z urządzeń Bioptron – bardzo nam pomagają w leczeniu urazów, często zabieramy lampę na wyjazdy. Możemy przy okazji te wszystkie produkty fajnie pokazać, to wartość dodana. Oczywiście największy ekwiwalent reklamowy tworzy branding hali na mecze – a mamy przecież też u siebie i telewizyjne spotkania – ale to bardzo istotne, że da się zrobić coś ekstra.

Współpraca z firmą Zepter także lokalnie odbiła się pozytywnym echem. Jakiś czas temu Michał Kobrzyński - Dyrektor sportu w Legionowie, [niedługo po podpisaniu umowy z Zepterem], opowiadał mi o spotkaniu starszej pani w piekarni, która spytała go „i jak tam nasze Zepterki?” Także pani nas ochrzciła na nowo, kojarząc oczywiście markę.

Co Cię motywuje i nakręca do pracy?

Jestem zakochany w piłce ręcznej, utożsamiam się z klubem, mamy świetną atmosferę, jesteśmy jak rodzina. Czasem się zastanawiam, czy ja to w ogóle traktuję jako pracę. To jest tak naturalne tak miłe, przebiega w tak fajnej atmosferze, że to prawdziwa przyjemność. Oczywiście są momenty trudne, kryzysowe, ale są i wspaniałe, jak nasz zeszłoroczny awans. Te zwycięstwa, ludzie, kibice, to wszystko z pewnością mnie napędza. Niestety w tym roku przyszło nam trochę poprzegrywać, pojawiło się trochę wyzwań organizacyjnych, finansowych. To był bardzo ciężki czas, być może i najcięższy w mojej 10-letniej przygodzie z piłką ręczną. Ale przetrwałem to i cały czas wierzę, że jesteśmy w stanie wygrywać, że jesteśmy w stanie utrzymać się w Superlidze. Ciągle się rozwijamy – to jest dla mnie najważniejsze. Ostatnio dwójka naszych zawodników [Mateusz Chabior i Kamil Adamczyk] została powołana do kadry narodowej B. To namacalnie pokazuje nam, że praca naszej drużyny, jak i indywidualna tych zawodników zostaje dostrzeżona w środowisku. Myślę, że niejeden zespół po tylu przegranych by się nie podniósł, a nas to scementowało. Wygrywa się razem, ale przegrywa tym bardziej. Cieszymy się lepszą atmosferą w zespole niż niejeden zespół superligowy.
 

Obszar-kompozycji-3.jpg

Co jest wyjątkowego w piłce ręcznej?

Piłka ręczna jest bardzo widowiskowa: jest dużo walki, pada wiele bramek, często jedna za drugą i to w bardzo efektowny sposób. To bardzo kontaktowy i szybki sport – to druga najszybsza zespołowa dyscyplina po hokeju na lodzie. Lubię ją za wszystko i lubię każdy aspekt, a każdego spróbowałem, bo miałem też przyjemność ukończyć kurs sędziowski. Uwielbiam gwizdać, kiedy tylko czas pozwala chętnie sędziuję mecze młodzieży czy wewnętrzne gry naszego zespołu. Dobrze poznałem ten sport poza boiskiem – i wiem, jak ważna jest szatnia. Dlatego coraz więcej klubów w nią inwestuje. Dwa lata temu złożyłem projekt do budżetu obywatelskiego i dzięki temu wyremontowaliśmy naszą szatnię. Zrobiliśmy w niej specjalne szafki, każdy zawodnik ma na nich swój wizerunek. Jest tam telewizor, gdzie można oglądać mecze i analizy wideo. Udało nam się stworzyć wyjątkową przestrzeń. Szatnia to takie miejsce, gdzie się świętuje zwycięstwa i gdzie się płacze, gdy się przegrywa. Emocje są ogromne, a ja jestem dość żywiołowym prezesem, często dosłownie wariuję za ławką. Kiedyś myślałem, że może powinienem to zmienić, ale po głębszym zastanowieniu stwierdziłem, że nie ma sensu. W ten sposób tym bardziej widać, że jesteśmy drużyną, zżytą społecznością. I nieważne czy to sztab trenerski, czy fizjoterapeuci, czy prezes latający gdzieś tam z tyłu. Możemy razem wzajemnie się wspierać, pomagać sobie i emocjonować się.

Czy macie jeszcze jakieś cele poza – rzecz jasna – utrzymaniem się w Superlidze?

Chcemy też, żeby rosła frekwencja na trybunach, chcemy promować piłkę ręczną. Chciałbym żeby ludzie chodzili na mecze, utożsamiali się z klubem. Zresztą to już się dzieje, ale nie ukrywam, że ta moda na piłkę ręczną mogłaby być większa. Bo jednak kluczową sprawą jest wynik, a kibice nie lubią przegranych. W lidze centralnej wygrywaliśmy niemal wszystko, teraz, mimo, że awansowaliśmy frekwencja nam nie podskoczyła, a liczyłem na widoczny wzrost. Nie da się ukryć, że wygrywanie by nam pomogło, a w tym sezonie nie wygraliśmy jeszcze ani jednego domowego meczu. Ale i tak wspiera nas na meczu średnio ponad 1200 osób, to piąta najlepsza frekwencja w całej lidze, co uważam za duży sukces. Widujemy też ludzi w naszych barwach, ostatnio jeden zawodnik spotkał chłopca w naszym szaliku na warszawskiej Białołęce. To jest zawsze bardzo miłe, to nas napędza.

Mamy też plany, by wystartować ze szkoleniem młodzieży, chcemy rozbudować klub, by był wielosekcyjny. Zresztą teraz nasi zawodnicy właśnie prowadzą zajęcia dla dzieciaków w ramach Zimy w Mieście – mamy rekordową frekwencję, ponad 50 osób. Latem też będziemy prowadzić darmowe zajęcia dla młodzieży. Nie wszystkich stać na to, by wyjechać i zapewnić dzieciom atrakcje. A tak mogą przyjść do nas i aktywnie spędzić czas. Dzisiaj widziałem sporo twarzy znajomych z trybun, naszych młodych kibiców. Każdego dnia 3-4 naszych zawodników prowadzi takie zajęcia, rotując się, dzięki czemu młodzież może poznać cały zespół.

Gdzie widzisz drużynę za 5 lat? W Lidze Europejskiej?

Ciągle się rozwijamy i dążymy do celu. Za te pięć lat jak najbardziej widziałbym nas grających w Lidze Europejskiej – tylko tutaj jeszcze wiele rzeczy musi się wydarzyć. To wymaga dużo pracy i dużych nakładów pieniężnych. Ale chciałbym to osiągnąć stopniowo, krok po kroku, myślę o tym projekcie długofalowo. Z pewnością jest to przełomowy rok dla nas. Wierzę, że w nowym sezonie z większymi środkami i bardziej doświadczonymi zawodnikami będziemy w stanie grać o coś więcej. My tak naprawdę raczkujemy. Czuję, że mamy ogromny potencjał.


Opublikowano: 24.01.2024 15:59:45 przez Zepter International | |
Z życia drużyny Zepter
Udostępnij:
s
Zepter logotype Produkt został dodany do koszyka! Bags Przejdź do koszyka